Art

Czy w końcu zgłębiliśmy tajemnicę DNA?

30.05.2014
Czy w końcu zgłębiliśmy tajemnicę DNA?

W największych naukowych czasopismach: „Nature”, „Science”, „Genome Research”, „Genome Biology”, „Journal of Biological Chemistry” opublikowano serię artykułów naukowych o historycznym znaczeniu. Są to wnioski z ogromnego projektu badawczego, finansowanego przez rząd amerykański, w który zaangażowanych było 440 naukowców z 32 laboratoriów. Projekt ENCODE – „Encyklopedia Elementów DNA” – trwał 9 lat i miał na celu opisanie wszystkich funkcji każdego składnika genomu człowieka. Te opublikowane odkrycia ważne są dla każdego człowieka – również dla Ciebie. Jednak czytając prasę naukową, trudno jest jasno zrozumieć co tak naprawdę wynika z tego rewolucyjnego odkrycia i jak to się ma do Twojego zdrowia.

Krótkie przypomnienie, czym jest DNA

Gdy zostałeś poczęty, byłeś zaledwie jedną komórką powstałą ze spotkania plemnika z komórką jajową. Ta komórka miała w sobie maleńkie jądro, w którym znajdowały się nici DNA, pozawijane jak kłębki, pogrupowane w 46 chromosomów ułożonych w 23 pary. DNA tej pierwszej komórki pochodziło w połowie od plemnika Twojego ojca, a w drugiej połowie od komórki jajowej Twojej matki. Dzięki czemu nowo powstała komórka była unikalna, z własnym DNA – tylko dla siebie charakterystycznym. Najpierw podzieliła się na 2 komórki, tzw. komórki potomne, z których każda zawierała kopię DNA pierwszej komórki. Następnie te dwie komórki podzieliły się, by po 50 godzinach powstały 4 komórki, z której każda zawierała swoją własną kopię DNA pierwszej komórki. W 60. godzinie było już 8 komórek, również zawierających kopię DNA pierwszej komórki. Po kolejnym podziale dziecko liczy 16 komórek. Jajo ma kształt przypominający jeżynę. Przemieszcza się w kierunku macicy, w której podział komórkowy będzie mógł się rozpocząć na poważnie. Za 9 miesięcy, podczas narodzin, mały człowiek będzie miał 70 tysięcy miliardów komórek! I wszystkie będą pochodzić od tej samej pierwszej komórki. Jednak komórki nie mogą poprzestać tylko na dzieleniu się i duplikowaniu wciąż identycznych komórek. Wyszłaby z tego bezkształtna masa. Aby płód rozwinął wszystkie funkcje życiowe, komórki muszą się różnicować, by tworzyć szkielet, mięśnie, organy niezbędne do życia itd. Wydaje się to skomplikowane i faktycznie takie jest. Ogromną rolę w tym procesie odgrywają nici DNA znajdujące się w komórce, które zawierają całą potrzebną informację, aby zarządzać właściwym podziałem komórek.

DNA jest jak pamięć komputera

W DNA pierwszej komórki znajduje się cała informacja potrzebna, aby sterować rozwojem Twojego organizmu, aż do końca życia. Informacja ta zawarta jest w formie bardzo podobnej do informacji zapisanej w pamięci komputera. Tyle tylko, że DNA nie używa dwójkowego systemu informacyjnego, ale system czwórkowy. Podczas gdy jednostkami informacji w komputerze są 0 i 1, DNA jest kodowane w formie T, A, C i G. Jednostki te zwane są nukleotydami i składają się z reszty cukrowej (deoksyrybozy), zasady azotowej (adenina, tymina, guanina i cytozyna) oraz reszty kwasu fosforowego. Zasady azotowe są elementem różniącym poszczególne nukleotydy. W pamięci informatycznej mamy do czynienia z ciągiem zer i jedynek, przykładowo: 10011101011000111. Na niciach DNA jest ciąg T, A, C i G, przykładowo AATGGCTTGGC. Ale reguła bazowa jest w obu przypadkach taka sama. Gdybyś chciał odczytać całą informację umieszczoną na Twoim DNA, otrzymałbyś księgę o tysiącach stron wypełnionych literkami T, A, C i G (podobnie jak twardy dysk komputera wypełniony jest zerami i jedynkami). Twoje DNA zawiera bowiem 3200 milionów par zasad. Taka księga została jednak stworzona w 2003 r. przez grupę naukowców, którzy spędzili 12 lat naodkodowaniu ludzkiego genomu.

Od DNA do organizmu człowieka

Wszelka informacja potrzebna do zbudowania organizmu zawarta jest w DNA pierwszej komórki. Twój organizm zawiera ponad 200 różnych typów komórek, ale wszystko zaczęło się od jednej. DNA tej jednej komórki zawierało wszystkie informacje w swoim kodzie, złożonym wyłącznie z T, A, C i G, aby wytworzyć od 70 000 do 100 miliardów komórek o 200 różnych typach. Niektóre z Twoich komórek są komórkami odpornościowymi, inne są komórkami stożkowatymi w oku, dzięki którym widzisz. Jeszcze inne to komórki kostne, mięśniowe, mózgowe, komórki szpiku, trzustki, nerek, serca, krwi. W czasie, gdy organizm rośnie i rozwija się, informacja DNA umożliwia również wytworzenie kilkunastu „układów” życiowych. Nazywamy je tak, ponieważ składają się z co najmniej dwóch elementów funkcjonujących razem. Przykładowo, układ krążenia składa się m.in. z serca, krwi i naczyń krwionośnych. Układ trawienny łączy m.in. jamę ustną, przełyk, żołądek i jelita. Informacja DNA jest również wykorzystywana do wytworzenia ponad 30 narządów ciała ludzkiego. Wyobraź sobie na przykład, jaka informacja jest potrzebna, aby zbudować Twoje kości. Ciało dorosłego człowieka składa się z 206 kości. Każda z nich ma unikalny kształt i cechy charakterystyczne dla siebie. Oczywiście kość to nie tylko kształt. Twoje DNA określa również ścieżkę wszystkich nerwów biegnących w kościach, miejsce szpiku kostnego, ustala miejsce każdej komórki tego szpiku i jej funkcjonowanie. Wszystko to zapisane jest w DNA Twojej pierwszej komórki.

Obietnice genetyki

Kiedy naukowcy zdali sobie sprawę z uniwersalnego charakteru roli DNA, natychmiast wyobrazili sobie następującą rzecz: skoro DNA wszystko determinuje, to, aby zmodyfikować funkcjonowanie ciała człowieka, wystarczy zmodyfikować jego DNA. Nie trzeba było więcej, aby świat zaczął marzyć o świetlistej przyszłości, w której człowiek mógłby kontrolować samego siebie, poprzez wymianę DNA, jak zepsute części w samochodzie. Wymyślono termin „terapia genowa”, tak jakby chodziło o coś rzeczywistego, podczas gdy żadna genowa terapia nigdy nie powstała. Obiecywano przy tym:

  • koniec chorób,
  • wymianę dowolnego organu,
  • wyhodowanie dowolnego organu w laboratorium,
  • wieczną młodość.

Miało to być tylko kwestią czasu i pieniędzy przyznawanych na badania i… na naukowców. „Wy nam dajcie dzisiaj kilka miliardów, a my wam jutro dostarczymy eliksir nieśmiertelności ” – w pewnym sensie, tak właśnie wyglądały te obietnice.

Wirus, który leczy

Sprawa wydawała się tym bardziej na wyciągnięcie ręki, że naukowcy znaleźli skuteczny sposób na modyfikację DNA bardzo dużej liczby komórek. Faktycznie, zamysłem terapii genowej było nie tylko zidentyfikowanie, który fragment DNA funkcjonuje nieprawidłowo w Twoim kodzie genetycznym. Trzeba było jeszcze umieć skutecznie zmodyfikować DNA w miliardach komórek, z których większość znajduje się wewnątrz ciała! A jednak znaleziono rozwiązanie. Naukowcy wpadli na pomysł wykorzystania wirusa. Wirusy to małe zakaźne patogeny, zdolne przenosić swój własny materiał genetyczny do komórek ludzkich. Co więcej, są zdolne do rozprzestrzeniania się z jednej komórki do drugiej bardzo szybko, o czym wiedzą wszyscy, których np. zwalił z nóg wirus grypy. Naukowcom udało się wyselekcjonować pojedynczy wirus, z jego DNA usunąć sekwencje powiązane z chorobą, którą ten wirus przenosił oraz zastąpić je przez sekwencje genu terapeutycznego (genu, który leczy). W ten sposób wirus szybko „infekował” miliony komórek, ale zamiast chorób przekazywał dobry gen, który miał im pomóc wyzdrowieć! Należało jednak uważać na to, aby wirus został w organizmie leczonej osoby i nie przenosił się na ludzi, którzy o to nie prosili. Ale, wydawało się, że naukowcy poradzili sobie również z tym zagrożeniem. Z takimi obietnicami naukowcy przekonywali rządy i wielu prywatnych inwestorów do przekazywania miliardów euro na badania nad terapiami genowymi. W ten sposób niezliczona liczba powstałych firm „start-upów” w dziedzinie biotechnologii i laboratoriów uniwersyteckich zbiła fortunę.

Fiasko

Niestety, im bardziej zaawansowane były badania nad DNA, tym bardziej okazywało się, że wszytko jest tak naprawdę… przerażająco skomplikowane. Naukowcy zaczęli inwestować w coraz droższe systemy, ale każde nowe odkrycie jeszcze bardziej zaciemniało problem. Na początku myśleli, że informacja DNA powinna się dać odczytać sekcjami, na genach odpowiadających danej cząsteczce białka i że wystarczy zastąpić wadliwy gen innym. Jednak szybko zdali sobie sprawę, że tak naprawdę, to: – DNA nie jest tylko zwykłą „podwójną helisą”, ale może przybierać wszelkie inne różne kształty (B, A, Z, G i inne) – dużo bardziej skomplikowane; – większość informacji powiązanych z chorobami wcale nie znajduje się na fragmentach DNA kodujących geny, ale na fragmentach niekodujących, tzw. śmieciowym DNA, o których myślano wcześniej, że do niczego nie służą (śmieciowe DNA stanowi aż 97% naszego genomu!); – geny determinujące produkcję białek są raz aktywne, raz nieaktywne, nie wiadomo, dlaczego (z dwóch osób posiadających gen tej samej choroby, jedna osoba może ciężko zachorować, a druga może być zdrowa jak ryba); – geny wzajemnie na siebie oddziałują w sposób tak zagmatwany, że w większości przypadków jest zupełnie niemożliwe, aby znaleźć powiązanie pomiędzy genem a konkretnym objawem czy konkretną cechą u osoby (i tak przykładowo, w przeciwieństwie do tego, czego nauczono Cię w szkole, jest jak najbardziej możliwe, aby dwoje niebieskookich rodziców poczęło dziecko o oczach koloru brązowego). Dziś, wszystkie „terapie genowe” zakończyły się fiaskiem. Choć iskierka nadziei zapaliła się w 1999 r., kiedy udało się wyleczyć bardzo małe dzieci dotknięte zespołem SCID-X, ciężkim złożonym niedoborem immunologicznym (mówi się o nich „dzieci z bańki”). Ale ta iskierka szybko zgasła, w dramatycznych okolicznościach. Dzieci te leczono terapią genową, mającą na celu uaktywnić ich nieprawidłowo funkcjonujące limfocyty T (komórki odpornościowe). Terapia polegała na wykorzystaniu wirusa w przywróceniu funkcji genu odpowiedzialnego za produkcję interleukiny-2 (IL-2), związanej z prawidłowym funkcjonowaniem układu immunologicznego człowieka. W początkowym okresie przedsięwzięcie okazało się wielkim sukcesem. Większość dzieci zaczęła żyć normalnie. Jednakże na 20 leczonych dzieci, u 4 z nich szybko rozwinęła się śmiertelna białaczka, która okazała się być bezpośrednim skutkiem ubocznym towarzyszącym tej „terapii genowej”. Chcąc poprawić defekt na DNA, wywołano chorobę jeszcze groźniejszą. W wyniku tych eksperymentów, wyłonił się jednak niepodważalny wniosek: nie zgłębiono jeszcze tajemnicy DNA i wcale się nie zanosi, aby szybko to się zmieniło. I tu właśnie docieram do słynnego odkrycia, które całkiem niedawno opublikowano w czasopismach medycznych.

Wielka nowina projektu ENCODE

Do tej pory sądzono, że tylko mała część ludzkiego DNA służy do kodowania genów, czyli zawiera informacje potrzebne do rozwoju organizmu. Tymczasem, projekt badawczy ENCODE odkrył, że bardzo duża część DNA, dotychczas uznawana za bezużyteczną, służy w rzeczywistości do regulacji działania genów. Część naukowców twierdzi, że 80% DNA to nośniki informacji, podczas gdy wcześniej uważano, że tylko 1 do 3%. Fragmenty DNA danego genu, które są od siebie bardzo oddalone, mogą znaleźć się bardzo blisko siebie, gdy DNA jest zwinięte w kłębek. Te fragmenty DNA służą jako przełącznik, aby gen uaktywnić lub go zatrzymać. Ta funkcja jest kluczowa. Problem w tym, że (uważaj teraz) naukowcy opisali co najmniej 4 miliony takich przełączników w ludzkim DNA! Podczas gdy samych genów jest tylko 20 tysięcy. Inaczej mówiąc, niewiarygodną złożoność genetyki należy dodatkowo pomnożyć przez 200 (co najmniej). Aby zachować twarz, naukowcy z dziedziny genetyki głoszą, że to wszystko jest wspaniałe, że projekt ENCODE dostarczył im wielu nowych informacji, które pozwolą lepiej zrozumieć choroby. Tyle tylko, że ich możliwości badawcze zostały wystawione na bardzo poważną próbę: aby coś naprawdę zobaczyć w tej gmatwaninie informacji, potrzeba jeszcze większych środków, bez żadnej gwarancji, że otworzy to drogę do rzeczywistych terapii. Naukowcy zdają sobie z tego sprawę i być może właśnie dlatego ogłoszenie tego odkrycia zostało tak bardzo nagłośnione, z finansowymi nakładami na medialny przekaz godnymi filmu hollywoodzkiego. Część naukowców była szczególnie nastawiona na poruszenie opinii publicznej (nic z tego nierozumiejącej), licząc na obietnice, że politycy (którzy rozumieją z tego jeszcze mniej) przyznają im nowe granty na badania.

Wniosek dla Ciebie

Wniosek dla Ciebie, Szanowny Czytelniku, jest jednak niezmiernie ważny. Badania ENCODE wskazały, że bardzo daleko nam do zgłębienia tajemnicy DNA. Ale za to doprowadza nas do pierwszego planu współczesnych badań medycznych, czyli do stylu życia. Bowiem odkrycie ENCODE jest jednocześnie dowodem, że masz rację, zwracając uwagę na to, co jesz, na swoje emocje, na środowisko, hałas, wibracje, fale, które przez Ciebie przechodzą, aktywność fizyczną. Twoje DNA nie jest zwyczajną nicią, na której miałyby się znajdować geny w 100% decydujące za Ciebie o tym, czym jesteś, kim się staniesz, na co zachorujesz oraz które zamykałyby Cię w „genetycznym więzieniu”, na które nie masz żadnego wpływu. Fakt, że każdy gen jest kontrolowany przez tak dużo zewnętrznych czynników na tej samej nici DNA, dowodzi tak naprawdę tego, że to Ty pilotujesz własne zdrowie. Każdy z wyborów, jakich dokonujesz na co dzień, może wpłynąć w decydujący sposób na te miliony przełączników w Twoim DNA. Poziom ich skomplikowania prawdopodobnie zawsze będzie przekraczał ludzkie zdolności zrozumienia. Skoro nie możemy i długo nie będziemy mogli mieć nawet nadziei na pozbawioną ryzyka ingerencję w struktury DNA, to znaczy, że należy bardziej niż kiedykolwiek skoncentrować się na zasadach dobrego zdrowia i dobrego życia. Obserwacja i doświadczenie tysięcy lat wystarczająco już umożliwiły ludzkości wyłonienie fundamentalnych zasad o tym, co dobre dla organizmu, a co nie. Dziś wiemy, jakie zwyczaje najczęściej wyzwalają chorobę oraz jak można im zapobiegać poprzez właściwą profilaktykę. Zatem zapomnij o tym, że nowe terapie genetyczne wyleczą nas ze wszystkiego, a zacznij uważać na to, jak żyjesz i co jesz. I pewnie nadal będziemy się rozwijać w tym zakresie. W ostatnich latach, makro- i mikroodżywianie zrobiły znaczący progres. Wiemy już, że szkodliwe zalecenia żywieniowe propagowane przez instytuty żywności zwiększają ryzyko chorób. Bardziej niż kiedykolwiek mamy więc powód do radości: osiągnięcia supernowoczesnych technologii biomedycznych prowadzą do wniosku, że przez kilkadziesiąt lub kilkaset następnych lat pozostaje nam droga naturalnego zdrowia i zdrowego rozsądku – ta najbardziej bezpośrednia droga do lepszego życia, w lepszym zdrowiu. Nowe terapie nie wyleczą nas ze wszystkiego. To tylko mrzonka, ulotne marzenie zapalonych naukowców. Zresztą zawsze o tym wiedziałeś, prawda? Pozdrawiam, Jean-Marc Dupuis  

Artykuł pochodzi z newslettera Poczta Zdrowia, przekazującego najnowsze, potwierdzone badaniami naukowymi, informacje o naturalnych metodach leczenia i zapobiegania chorobom. Można go  bezpłatnie  zaprenumerować na stronie www.PocztaZdrowia.pl  

Dodaj komentarz


Komentarzy: 0

Art

Wyczerpanie nerwowe (wypalenie) – choroba naszych czasów.

29.05.2014
Wyczerpanie nerwowe (wypalenie) – choroba naszych czasów.

Wyczerpanie nerwowe (wypalenie) – choroba naszych czasów


Konkurencja, współzawodnictwo, skuteczność, produktywność – oto słowa-klucze współczesnych społeczeństw, napędzanych produkcją masową, nowoczesną technologią, wszechobecną komputeryzacją oraz obsesją zysku i siły nabywczej.

To zbiorowe szaleństwo nie pozostaje bez echa – cierpi na tym zdrowie jednostek, czego przejawem jest skrajne wyczerpanie emocjonalne i psychiczne, które dopiero powoli zaczynamy sobie uświadamiać.

Od jakiegoś czasu rozprzestrzenia się bowiem w firmach rodzaj „choroby na pracę“, którą dotknięte są oczywiście osoby sumienne, zajmujące najbardziej wymagające i odpowiedzialne stanowiska (głównie w zarządach firm), osoby dbające o dobrą jakość wykonywanej pracy, jak również osoby emocjonalne, które w pierwszej kolejności narażone są na długotrwały stres. Stres ten może dojść nawet do takiego poziomu, w którym zupełnie przerośnie ich naturalną odporność i doprowadzi do wyczerpania emocjonalnego (nazywanego przez Amerykanów „burn out“, czyli wypaleniem).

Człowiek z Cro-Magnon przed komputerem


Dramatem współczesnego człowieka jest to, że jego mózg i układ nerwowy niewiele się zmieniły w ciągu ostatnich pięciu tysiącleci, a podczas ostatnich dwustu lat – prawie wcale. A jakiż wspólny mianownik ma praca naszych przodków, chłopów z 1814 roku, i ich potomków w 2014 roku, przyklejonych do ekranów komputera? „Człowiek jest obcy w świecie, który stworzył“ – powiedział już Alexis Carrel (laureat Nagrody Nobla w dziedzinie medycyny z 1910 r.), a przecież nie znał on jeszcze ani telewizji, ani komputerów, ani telefonów komórkowych.

Co naukowiec powiedziałby dzisiaj? Mógłby jedynie podkreślić swoją sentencję dwiema grubymi kreskami. Każdy docenia skuteczność współczesnych środków komunikacji, zapominamy jednak, że przyczyniają się one do znacznego wzrostu stresu u każdego człowieka. Sacha Guitry powiedział: „Z telefonami jest tak, że obecnie każdy może was wezwać, jak kiedyś pan wzywał służącego“. To niezwykle trafne spostrzeżenie. A Guitry nie poznał nawet telefonów komórkowych.

W dzisiejszych czasach, jeśli zajmuje się jakiekolwiek odpowiedzialne stanowisko, praktycznie niemożliwe jest uchronić się przed wszelkiego rodzaju pokusami, które niespodziewanie się pojawiają, rozpraszając uwagę i zmuszając do myślenia o trzydziestu rzeczach naraz. Jako że nie jest to możliwe, zapomina się o połowie z nich, co przyczynia się do dodatkowego stresu, lęku przed popełnieniem błędu i do niejasnego poczucia winy, które w efekcie przedwcześnie zużywają układ nerwowy.

Tak długo, jak jest się młodym i zdrowym, da się jakoś wytrzymać takie funkcjonowanie, jednak w momencie przekroczenia czterdziestki, staje się to coraz mniej znośne. Obecne warunki ekonomiczne i społeczne (globalizacja, wydłużenie życia, starzenie się społeczeństw zachodnich itd.) nieubłaganie prowadzą do podwyższenia wieku emerytalnego. Jak pogodzić te dwie sprzeczne tendencje? Między przedwczesnym zużyciem nerwowym a koniecznością dłuższej pracy następuje zderzenie.

Firmy przyparte do muru


Będzie to główne zmartwienie firm w przeciągu najbliższych dwudziestu lat. Będą one musiały znaleźć metodę na odstresowanie swoich pracowników – inaczej doświadczą znacznego spadku produktywności, podczas gdy pomoc społeczna, już i tak znajdująca się w złej sytuacji, uginać się będzie pod ciężarem zwolnień chorobowych.

Niektóre firmy już wzięły ten problem pod lupę, jednak wiele z nich zupełnie nie bierze go pod uwagę bądź też zadowala się „odmładzaniem“ personelu. Dr François Baumann w swojej książce „Burn out, quand le travail rend malade“ (Wypalenie, czyli kiedy praca prowadzi do choroby) pisze: „Paradoks polega na tym, że osoba w ten sposób pochłonięta nie widzi jasno skutków swojego stanu – nie jest jeszcze świadoma faktu, że znajduje się w patologicznej sytuacji. Będzie kontynuować pracę w szalonym tempie, przyspieszając wręcz w stosunku do swoich przyzwyczajeń. Towarzyszyć temu będzie jednak brak skuteczności, nadmiar wysiłków, który utrzyma ogólną demotywację w związku ze słabymi wynikami“.

A to właśnie demotywacja stanowi zagrożenie dla osoby „pochłoniętej“, zniechęconej obserwacją, że podwojone wysiłki nie prowadzą do oczekiwanych skutków. Jeszcze gorzej – osoba taka może szukać pocieszenia w używkach: papierosach, alkoholu, narkotykach, lekach nasennych czy antydepresantach, aby uciec od problemu bez rozwiązywania go. Może popaść w nałogi, których skutki skumulują się ze zmęczeniem i doprowadzą do sytuacji bez wyjścia.

Badanie przeprowadzone przez Francuski Instytut Walki ze Stresem (Institut Français d’Action sur le Stress) na 13 000 osób wykazało, że czynnik stresu w pracy stanowi poważne zagrożenie zdrowia jednego na pięciu mężczyzn oraz jednej na trzy kobiety. Możemy tylko martwić się szybkim i przewidywalnym postępem wszelkiego rodzaju zaburzeń psychicznych, jak również problemów ze stawami i bólem mięśni – jeśli nic się nie zmieni, możemy spodziewać się prawdziwej plagi w najbliższych dziesięcioleciach.

Wszyscy bardzo wyraźnie mogą zauważyć, że niezwykle szybki postęp komputeryzacji przyczynił się do znacznego wzrostu stałej presji wywieranej na układach nerwowych użytkowników. Cierpi na tym całe społeczeństwo, poddane coraz bardziej osaczającej „komunikacji“. Pod płaszczykiem poszerzania wolności wytworzyło się powoli pewnego rodzaju zniewolenie przez informatyzację, z czego zdajemy sobie sprawę zbyt opieszale, aby wprowadzić odpowiednie formy ochrony, zanim problemy zdrowotne przez nią spowodowane staną się katastrofalne.

Namnożenie zagrożeń


Rozpowszechnienie komputeryzacji nie było od razu postrzegane jako zagrożenie, wręcz przeciwnie. Swoisty „magiczny” charakter jej możliwości technicznych najpierw zachwyciło i zafascynowało jej użytkowników. Łatwość korzystania po krótkim przeszkoleniu, szybkość i skuteczność pracy wydały się ważnym postępem technologicznym oraz czynnikiem decydującym o wzroście produktywności, podwojonym wręcz swoją stroną rozrywkową, jednak o tym ostatnim szybko zmieniono zdanie.

Bo nawet, jeśli połączenie „klawiatura – myszka – ekran” jest niezwykle atrakcyjne, w podstępny sposób przyzwyczaja organizm do całkowitego uzależnienia, które szczególnie zauważyć możemy u nastolatków. Spróbujmy stworzyć listę jego wad, których często nie jesteśmy świadomi:


  • Komputer unieruchamia nasze ciało w jednej pozycji, która zbyt mocno ogranicza ruchy kończyn. Jest to niezwykle szkodliwe dla mięśni, jak również kości, układu krążenia oraz jelit.

  • Myszka więzi prawą rękę i poddaje ją powtarzalnym, urywanym i zupełnie nienaturalnym ruchom, a wrażliwe na dotyk klawiatury – zaprojektowane dla usprawnienia szybkości pisania – powodują stałe zmęczenie neurologiczne.

  • Ekran dosłownie hipnotyzuje, przyciągając wzrok, znacząco zawęża pole widzenia i ogranicza jego zasięg, co stopniowo zmniejsza możliwość akomodacji oka i grozi krótkowzrocznością. Do tego dolicza się stałe zmęczenie oczu spowodowane jasnością ekranu.


Nie trzeba chyba tłumaczyć, że każde z tych zagrożeń niesie za sobą znacznie większe ryzyko, kiedy wykonywany zawód wymaga dużej szybkości pracy. Wtedy to duża presja psychologiczna odbija swoje piętno zarówno na psychice, jak i układzie nerwowym człowieka, mogąc w ekstremalnych przypadkach prowadzić najbardziej wrażliwe osoby do całkowitego rozregulowania metabolizmu i umiejętności przystosowania.

Jeśli zajęcie tego typu wykonywane jest przez wiele lat, stopniowe pogarszanie stanu zdrowia jest praktycznie nieuniknione. O ile organizm jest młody, może wiele znieść i dostosować się do panujących warunków. Jednak gdy wiek daje o sobie znać (zwykle około 40. roku życia), jego naturalny system ochronny jest przeciążony, objawiając się wyczerpaniem nerwowym.

Jakie rozwiązania stosować?


Leki przeciwlękowe czy antydepresanty mogą stanowić doraźną pomoc, jednak należy uważać, aby się do nich nie przyzwyczaić, ponieważ w żadnym wypadku nie rozwiązują one problemu. Istnieją jedynie dwa pewne rozwiązania: zależne od miejsca pracy oraz od danej osoby – a najlepiej od połączenia obu tych czynników.

W dzisiejszych czasach konieczne jest, aby prezesi firm zrozumieli, że komfort fizyczny i psychiczny personelu stanowią podstawę produktywności. Ogromna presja psychologiczna spowodowana komputeryzacją i jej szybkością (nie wspominając o niebezpieczeństwach związanych z promieniowaniem elektromagnetycznym komputerów i telefonów komórkowych, na które nie można być stale wystawionym bez szkód dla zdrowia) wymaga, aby w firmach zorganizowano w sposób funkcjonalny wytyczone miejsca oraz godziny, które pozwoliłyby każdemu na rozluźnienie się, relaks, zebranie sił i od czasu do czasu zdystansowanie się od otaczającego przeciążenia emocjonalnego i psychologicznego.

Każdy potrzebuje przestrzeni, ciszy i spokoju. Równie konieczne jest, aby miejsca pracy były dobrze zorganizowane, aby gwarantować ergonomiczne rozwiązania, zaprojektowane przez profesjonalistów. Pracownik musi mieć zapewniony maksymalny komfort (nie mylić z luksusem), ponieważ jest to czynnik decydujący o skuteczności i produktywności oraz dobry sposób na uniknięcie zwolnień z pracy. Leży to zarówno w interesie pracowników, jak i pracodawcy, jeśli nie jest wręcz ważniejsze dla tego ostatniego.

Co do samych pracowników, muszą oni koniecznie o siebie dbać, nauczyć się relaksować tak często jak to możliwe, korzystać z każdej okazji do zmiany pozycji (np. zanieść dokument do sąsiadującego biura, zamiast wysyłać go za pomocą komputera). Najlepiej byłoby nie pozostawać przed ekranem bez ruchu dłużej niż 30 minut. Wstanie z miejsca w celu krótkiej przechadzki, nawet jeśli tylko dwuminutowej, niesie za sobą dużo więcej korzyści niż to się wydaje.

Jeśli prezesi firm nie są w stanie zagwarantować koniecznych zmian, a pracownicy nie mogą w żaden sposób zredukować szkodliwych skutków nadmiernej presji, pozostaje tylko zmienić sposób życia i zawód. Oczywiście, łatwiej jest powiedzieć niż zrobić, jednak w pewnych trudnych do zniesienia sytuacjach jest to jedyny sposób na zachowanie zdrowia – podstawowego składnika szczęścia, którego nigdy nie należy poświęcać.

Pierre Lance

****************

Szanowny Czytelniku,

oto  świetny artykuł Pierre’a Lance’a, autora książki „Savants maudits, chercheurs exclus“ (Wyklęci mędrcy, wykluczeni badacze).

Zdrowia życzę!
Jean-Marc Dupuis

 

Artykuł pochodzi z newslettera Poczta Zdrowia, przekazującego najnowsze, potwierdzone badaniami naukowymi, informacje o naturalnych metodach leczenia i zapobiegania chorobom. Można go  bezpłatnie  zaprenumerować na stronie www.PocztaZdrowia.pl

Dodaj komentarz


Komentarzy: 0

Art

Stewia.

28.05.2014
Stewia.

Od jakiegoś czasu stewia stała się bardzo popularnym zamiennikiem cukru. Jest szczególnie polecana osobom z nadwagą oraz cukrzycom. Czy rzeczywiście można spożywać ją bez szkody dla zdrowia?

Biały rafinowany cukier jest szkodliwy, lekarze i dietetycy alarmują, aby zmniejszyć jego spożycie. Ciągle spożywamy za dużo cukru, słodzimy herbatę, pijemy słodkie napoje, do tego słodycze, słodzone jogurty. Nie każdy wie, że w małym kubeczku może mieć w składzie nawet kilka łyżeczek cukru. Nadmierna ilość cukru negatywnie wpływa za zdrowie i sylwetkę. Cukier jest w wielu produktach spożywczych, których nawet o to nie podejrzewamy, w sosach, keczupie, musztardzie, a nawet chlebie. Konieczne jest dokładne czytanie etykiet przed zakupem. Dopuszczalna dawka cukru na dzień wynosi 25 g, a szklanka napoju słodzonego może mieć do więcej.

Cukier to czyste węglowodany pozbawione witamin i minerałów. Cukier jest jedną z głównych przyczyn wielu chorób cywilizacyjnych- cukrzyca, nadciśnienie tętnicze, zawał mięśnia sercowego czy podwyższony cholesterol. Warto zapoznać się ze zdrowszymi alternatywami cukru.

Stewia jest rośliną o wyjątkowo słodkich liściach, dzięki którym pełni rolę naturalnego słodzika. Pochodzi z Ameryki Południowej i jest tam powszechnie stosowana. Jest do 250-450 razy słodsza od cukru i ma zero kalorii, co na pewno ucieszy odchudzające się osoby. Jest odporna na wysoką temperaturę, dlatego nadaje się do pieczenia i gotowania. Ma też wiele innych zalet- nie powoduje próchnicy zębów, nie podnosi poziomu cukru we krwi. Nie zaburza pracy organizmu i nie podwyższa poziomu cholesterolu w organizmie.

Liście stewii można hodować samodzielnie w domu, do słodzenia nadają się też świeże liście. Są zdrowe, oprócz słodkiego smaku zawierają żelazo, wapń, potas i błonnik, a także wiele antyoksydantów. Liścia można zasuszyć a następnie sproszkować i stosować jako cukier. Wygodniej jest kupić sproszkowaną stewię w sklepach ze zdrową żywnością, była w nich od dawna, ale dopiero od kilku lat stewia stała się powszechnie znana. Można znaleźć ją również w formie płynu i tabletek.

Obniża wartość kaloryczną posiłków oraz napojów, i nie powoduje zwiększenia apetytu jak w przypadku cukru rafinowanego. Przez to, że jest o wiele słodsza od cukru stosuje się ją w bardzo małych ilościach.

Odpowiadając na pytanie postawione na początku muszę stwierdzić, że jest korzystna dla naszego zdrowia i warto po nią sięgać.

 

Autorka: Daria Rogowska

 

Dodaj komentarz


Komentarzy: 0

Copyright ©2018 RankingLekarzy.pl

Strefa lekarza Zaloguj się Zarejestruj się