Art

Zapomniane remedium na raka

18.07.2014
Zapomniane remedium na raka


Jest rok 1890, noc w Nowym Jorku. Doktor William Coley przewraca się z boku na bok w swoim łóżku, nie może spać. Wczoraj temu młodemu 28-letniemu chirurgowi po raz pierwszy zmarła pacjentka. Była nią Elizabeth Dashiell, umarła na raka kości. Coley został z poczuciem winy i bezradności…



Wczesnym rankiem wychodzi z domu. Lecz zamiast, tak jak zwykle, udać się do szpitala New York Cancer Hospital, w którym pracuje, postanawia pojechać do Yale. Do dużego uniwersytetu, znajdującego się o dwie godziny drogi pociągiem na północ od miasta, w sąsiadującym stanie Connecticut. Yale miał już wtedy światowej renomy wydział medyczny. Biblioteka uniwersytecka gromadzi archiwa na temat wszystkich poznanych dotąd chorób, dokładnie opisujące przypadki milionów chorych.

W tej niezwykłej kopalni wiedzy Coley będzie szukał informacji o przypadkach tzw. mięsaka, podobnych do tego, który zabił jego pacjentkę. Mięsak to rodzaj nowotworu. Coley ma nadzieję znaleźć przypadki wyzdrowień wśród pacjentów z takim samym nowotworem, jak u jego pacjentki. Jest bowiem przekonany, że istnieje gdzieś terapia, która mogła ją uratować.

Ponad dwa tygodnie poszukiwań. Na próżno. Przekopał się przez kilogramy zakurzonych dokumentacji, jednak wszędzie znajdował takie samo zakończenie: pacjent zmarł. I gdy już tracił nadzieję i prawie odpuścił, któregoś wieczoru odkrył coś zdumiewającego.

Tajemnicze wyzdrowienie


Doktor Coley natrafił na przypadek, który (o czym jeszcze wtedy nie wiedział) zrewolucjonizuje leczenie raka. Znalazł bowiem pełną dokumentację medyczną mężczyzny, u którego mięsak w tajemniczy sposób zniknął, po tym, jak mężczyzna zachorował na chorobę zakaźną. Tą chorobą była róża – niegroźna choroba, która w dzisiejszych czasach już praktycznie nie występuje. Jest to zakażenie skóry wywołane przez bakterię (paciorkowca) Streptococcus pyogenes. Objawia się dużymi, czerwonymi plamami, występującymi najczęściej na nogach, czasem na twarzy. Zakażeniu często towarzyszy gorączka.

Niedługo po zachorowaniu na różę mięsak u tego pacjenta zniknął. Coley szukał innych podobnych przypadków i w archiwach znalazł takich wiele. Niektóre przypadki były sprzed kilkuset lat. Nowotwór (mięsak) znikał po zwykłym zakażeniu skóry!

Znalazł również informacje o tym, że inni pionierzy medycyny, jak Robert Koch (odkrywca słynnych prątków Kocha wywołujących gruźlicę), Ludwik Pasteur czy Emil von Behring, lekarz niemiecki i laureat Nagrody Nobla z dziedziny medycyny w 1901 r., również zaobserwowali przypadki zachorowań na różę, które zbiegały się w czasie ze spontaniczną regresją nowotworów.

Przekonany, iż nie mógł to być przypadek, Coley postanowił jednemu ze swoich pacjentów chorych na raka gardła dobrowolnie podać bakterię wywołującą różę. Eksperyment przeprowadzono 3 maja 1891 roku. Pacjentem był mężczyzna o nazwisku Zola. Nowotwór cofnął się błyskawicznie, a stan zdrowia pana Zoli znacznie się poprawił. Wrócił do zdrowia i żył jeszcze 8 i pół roku!

Doktor Coley stworzył szczepionkę składającą się z martwych bakterii, a więc mniej groźnych. Nazwano ją toksyną Coleya. Mieszankę tę podawano poprzez iniekcję, aż do wywołania gorączki. Zaobserwowano, że ten sposób był skuteczny również na przerzuty nowotworowe.

16-latek wyleczony z raka


Pierwszym pacjentem, któremu podano toksynę Coleya, był młody chłopak, John Ficken, 16-latek z rozległym guzem w jamie brzusznej. 24 stycznia 1893 r. otrzymał pierwszy zastrzyk, a następne dostawał co 2–3 dni. Mieszankę wstrzykiwano bezpośrednio w guza. Po każdej iniekcji występowała wysoka gorączka… i guz się zmniejszał. W maju 1893 r., czyli cztery miesiące później, guz był pięciokrotnie mniejszy. W sierpniu był już praktycznie niezauważalny. John Ficken został całkowicie wyleczony z raka (zmarł 26 lat później na zawał).

W jaki sposób to odkrycie zduszono w zarodku?


Toksyna Coleya zderzyła się jednak z groźną konkurencją. Pojawiły się bowiem urządzenia do promieniowania radioaktywnego (radioterapii), łatwiejsze do wprowadzenia na skalę przemysłową.

Coley także zaopatrzył się w dwa urządzenia do radioterapii. Jednak szybko doszedł do wniosku, że ich skuteczność jest niższa. Z sukcesem podawał więc swoją toksynę przez 40 lat, aż do swej śmierci w 1936 roku.

Następnie rynek opanowała chemioterapia, świetny biznes, który sprawił, że o toksynie Coleya – środku prostszym, bezpieczniejszym, a także dużo tańszym – zapomniano.

Toksyna Coleya wychodzi z ukrycia


Na szczęście historia nie zakończyła się na tamtym etapie. W 1999 roku naukowcy o otwartych umysłach zajęli się archiwami pozostawionymi przez Coleya. Porównali swoje wyniki z wynikami najnowocześniejszych terapii przeciwnowotworowych. Okazało się, że wyniki Coleya były lepsze!

To, co doktor Coley robił wówczas dla chorych na mięsaka, było skuteczniejsze niż to, co my dzisiaj robimy dla chorych cierpiących na tę samą chorobę – oświadczył Charlie Starnes, naukowiec z Amgen, jednej z pierwszych światowych firm z dziedziny biotechnologii, współpracującej z Narodowym Instytutem Raka we Francji (Institut National du Cancer).

Połowa pacjentów Coleya chorujących na mięsaka żyła dziesięć lub więcej lat od rozpoczęcia leczenia. Najnowsze obecnie terapie osiągają taki wynik u 38% pacjentów. Wyniki pacjentów Coleya chorych na raka nerek i raka jajników również były dobre.

Wielka nadzieja dla chorych na raka


Obecnie amerykańska firma MBVax podjęła dalsze badania nad toksyną Coleya.

Mimo że firma jeszcze nie przeprowadziła badań na szeroką skalę, niezbędnych, żeby móc wprowadzić produkt na rynek, w latach 2007–2012 z terapii skorzystało 70 osób.

Rezultaty były na tyle dobre, że napisano o nich w grudniu 2013 roku w znaczącym czasopiśmie naukowym „Nature”1.

Osobami, które mogły skorzystać z tej niezalegalizowanej jeszcze terapii, byli chorzy na raka w stadium terminalnym. Wśród nich były osoby z czerniakiem, chłoniakiem, z guzami złośliwymi piersi, prostaty czy jajników. Zwykle w szpitalach pozwala się osobom w bardzo trudnych sytuacjach stosować innowacyjne terapie, których pozostałym osobom się odmawia.

Mimo, że te nowotwory były w końcowym stadium, toksyna Coleya spowodowała zmniejszenie się guzów w 70% przypadków, a w 20% przypadków zupełną remisję, jak podaje MBVax.

Problemem, z którym zmaga się dziś ta firma, jest to, że, aby przeprowadzić próby na dużą skalę, czyli takie, jakich wymaga aktualne prawo, oraz, aby stworzyć jednostkę do produkcji zgodną z normami europejskimi i północnoamerykańskimi, potrzebny jest na to budżet w wysokości setek milionów dolarów!

To, co było możliwe w 1890 roku w gabinecie zwykłego nowojorskiego lekarza działającego z poczuciem misji, dzisiaj stało się prawie niemożliwe w naszym technologicznym świecie, zduszonym przez regulacje prawne.

Mam nadzieję, że któremuś z naukowców uda się znaleźć właściwe argumenty, aby przekonać ekspertów z komisji nadających kierunek służbie zdrowia. Aby umożliwić postęp i ratować życie ludzkie potrzeba trochę odwagi i swobody. Wątpię jednak, że rządzący nami biurokraci łatwo to zrozumieją…

Zdrowia życzę!
Jean-Marc Dupuis

 

Źródło:

1. DeWeerdt S. Bacteriology : A caring culture. Nature 2013 Dec 19;504(7480):S4-S5.

Artykuł pochodzi z newslettera Poczta Zdrowia, przekazującego najnowsze, potwierdzone badaniami naukowymi, informacje o naturalnych metodach leczenia i zapobiegania chorobom. Można go  bezpłatnie  zaprenumerować na stronie www.PocztaZdrowia.pl

Dodaj swój komentarz

Komentarzy: 0

Art

Niebezpieczny błąd przy podawaniu leków

17.07.2014
Niebezpieczny błąd przy podawaniu leków

Dziś opowiem o praktyce dość często stosowanej przy podawaniu lekarstw dzieciom lub osobom chorym lub starszym, które mają za mało śliny, by swobodnie przełykać. Zamiast podawać lek w stanie takim, jak po wyjęciu z opakowania, często rozgniata się tabletki i otwiera kapsułki, a proszek z substancją leczniczą miesza z jedzeniem lub piciem, żeby „łatwiej poszło”. Z tym pozornie niewinnym zwyczajem wiążą się nieoczekiwane zagrożenia.

Obniżenie skuteczności o 40%

Badania przeprowadzone w Uniwersyteckim Ośrodku Szpitalnym w Rouen wykazały brak skuteczności farmakologicznej tak podanego leku w 40% przypadków. Rozgniatając lek, zmniejszasz jego działanie, ponieważ cząstki aktywne mogą być wrażliwe na światło lub podatne na utlenianie. Ale nie to jest najgorsze. Każdy lek ma swoją określoną postać farmaceutyczną. Technologia postaci leku to dyscyplina zajmująca się formą, w jakiej lek jest rozpowszechniany, tzn. jak wygląda (kształt, rozmiar, barwa). To wszystko wpływa na skuteczne wchłanianie leku przez Twój organizm. Zmieniając postać farmaceutyczną leku, możesz przy okazji zmienić sposób jego działania. Kiedy ta niewinna czynność może być groźna?

  • W przypadku leków o przedłużonym uwalnianiu. Takie leki projektowane są specjalnie w ten sposób, aby nie zostały wchłonięte od razu po zażyciu. Substancja czynna zmieszana jest z substancją pomocniczą, tzn. taką, która sama nie powoduje żadnego efektu, ale może zmieniać konsystencję i właściwości fizyczne leku, a co za tym idzie – szybkość jego wchłaniania. Ponadto otoczka takiego leku przemyślana jest pod kątem uwolnienia substancji leczniczej w konkretnym momencie: w ustach albo dopiero w żołądku. Zmiażdżenie takiej tabletki i przyjęcie jej w formie proszku sprawia, że lek zaczyna działać już po niecałej godzinie. Można w ten sposób doprowadzić do początkowego przedawkowania leku i zupełnego braku działania po jakimś czasie, podczas gdy efekt leczniczy ma trwać równomiernie przez kilka godzin.
  • Przy lekach dojelitowych: ich zadaniem jest przejście przez bardzo kwaśne środowisko żołądka w nienaruszonym stanie i uwolnienie cząstek aktywnych dopiero w jelicie cienkim. Przyjmowanie takich leków bez ochronnej otoczki to gwarancja, że nie zadziałają.
  • Gdy przyjmujesz miękkie kapsułki, które bardzo opornie zsuwają się po przełyku i zawierają w środku płyn, który uwalnia się stopniowo. Na przykład kapsułek leku Mantadix (przeciw wirusom i chorobie Parkinsona) absolutnie nie wolno rozdrabniać.
  • W przypadku doustnych leków stosowanych w chemioterapii, np. Endoxan, Leukeran także nie powinny być przyjmowane w postaci proszku. To samo dotyczy większości preparatów przeciw padaczce.

Zachowanie określonej postaci farmaceutycznej leków staje się częścią dyskusji o lekach generycznych (czyli tzw. zamiennikach). Najpierw bowiem nakłada się na laboratoria obowiązek długich i kosztownych badań klinicznych, a potem pozwala na obrót generykami o dość przypadkowych właściwościach i kształtach, spowodowanych inną technologią wykonania. Z tego względu tańsze zamienniki mogą czasem działać inaczej niż oryginalne leki. Na zdrowie! Jean-Marc Dupuis Artykuł pochodzi z newslettera Poczta Zdrowia, przekazującego najnowsze, potwierdzone badaniami naukowymi, informacje o naturalnych metodach leczenia i zapobiegania chorobom. Można go  bezpłatnie  zaprenumerować na stronie www.PocztaZdrowia.pl

Dodaj swój komentarz

Komentarzy: 0

Art

Czy można żyć z marzeń?

16.07.2014
Czy można żyć z marzeń?

Marzeniami nie można żyć, póki nie zaczniesz ich realizować! Co się dzieje, gdy odważysz się pójść za marzeniem? Czy można żyć z pasji? Przeczytaj wywiad z Hanią Sobkowską, trenerką, artystką i eks-korporatką, która żyje z pasją.

Ewa Tyralik: Haniu, poznałyśmy się w Szkole Trenerów Dojrzewalni. Ty z przeszłością korporacyjną, ja też, nagle inny świat. Co Cię skłoniło do odejścia z dobrze płatnej i w sumie rozwijającej pracy?

Hanna Sobkowska: Chciałabym powiedzieć: nagle odkryłam, że wiem, czego chcę! Ale tak naprawdę do zamknięcia tego rozdziału skłoniło mnie to, czego już nie chciałam – narastająca frustracja „klimatem korporacyjnym”, zmęczenie, ciągle nawracające infekcje... Moje ciało wiedziało o wiele wcześniej niż ja, że korporacyjna formuła na życie już się dla mnie wyczerpała.

E.T.: Długo zajęło Ci zrozumienie, co ono do Ciebie mówi? Ja miałam podobne doświadczenia, infekcje, wysokie ciśnienie, ale nie potrafiłam odczytać tych znaków.

H.S.: Długo, niestety – ok. 2 lata. Znaki od ciała były oczywiste i nie odczytywałam ich chyba tylko ze strachu... Przed zmianą – wiesz: lepszy znany bałaganik niż nowe, nieznane przestrzenie:) Przeczuwałam, że usłyszenie „przekazu od ciała” będzie się w konsekwencji wiązać z wzięciem pełnej odpowiedzialności za moje życie, zdrowie fizyczne i psychiczne – czyli z podjęciem konkretnych działań. Taki krok długo wydawał mi się niełatwy.

E.T.:Czy są momenty, że żałujesz tej decyzji?

H.S.: Mogę jedynie żałować, że zrobiłam to tak późno... :) Ale tego też nie żałuję. Stało się wtedy, kiedy byłam na to gotowa. To zabawne... Gdy pracowałam w ostatniej korporacji, wciąż powtarzałam każdemu, że to już moja ostatnia praca „dla kogoś”, że dalej jest tylko własna firma. Wtedy nawet do końca w to nie wierzyłam... Za to uwierzyła droga koleżanka Nieświadomość i... po prostu stało się. Korporacje były dla mnie „szkołą przetrwania” :). Oprócz zmęczenia i frustracji dały mi też sporo wiedzy do prowadzenia własnego biznesu.

E.T.:Koleżanka Nieświadomość? Powiedz coś o niej więcej!

H.S.: To niezwykłe, jaką potężną siłą jest nasz nieświadomy umysł...  Fascynuje mnie nawiązywanie z nim kontaktu na różne sposoby – poprzez warsztaty rozwojowe, pracę ze snami, tworzenie. Temat jest bardzo obszerny, zostanę więc może przy wspomnianym wcześniej przykładzie. Kiedy mówiłam sobie i innym, że to już ostatnia praca w korporacji, że dalej jest tylko własna firma, ani nie miałam siły na zmianę, ani pewności, że naprawdę tak się stanie. Ale była wizja. Powtarzając ją - za każdym razem kreowałam w myślach obraz: jak to będzie, gdy będę prowadzić własną działalność. Nie widziałam w tym „filmie”, czym się zajmuję, ale widziałam, jak rozmawiam z ludźmi, jak się śmieję, jak inni mi mówią, że to, co robię wnosi wkład w ich życie i... widziałam, jak dostaję zapłatę za moją pracę. Po prostu – w wizji byłam spełniona i szczęśliwa. Niejako „zaprogramowałam” określony kształt swojej przyszłości, bo mój nieświadomy umysł uwierzył w ten komunikat. Mówiąc w dużym skrócie: podświadomość jest ufna jak małe dziecko – nie podważa, nie roztrząsa wypowiadanych przez nas (a także słyszanych) komunikatów. To świadomość nam mówi: „nie, to się nie uda”, „ czy na pewno chcesz tak zrobić” - analizuje, rozpatruje. Podświadomość po prostu przyjmuje komunikaty i urzeczywistnia te, które intensywnie, często serwujemy. Dlatego tak ważne jest co i w jaki sposób mówimy oraz gdzie kierujemy naszą uwagę. Powyższe  doświadczenie było pierwszą sytuacją, w której uświadomiłam sobie, że moje mechanicznie wypowiadane słowa i obrazy kreowane w głowie naprawdę mają wpływ na rzeczywistość... To „odkrycie” skłoniło mnie do nieco bliższego poznania NLP.  Za tym odkryciem poszły następne, dla mnie dość zaskakujące – np. to, że prace twórcze mogą być tak samo efektywnym kanałem kontaktu z podświadomością, a zatem jednakowo skutecznym inicjatorem zmiany, jak psychoedukacja.

E.T.:Co jest najtrudniejsze, gdy idzie się za swoim marzeniem?

H.S.: Pewnie dla każdego to zupełnie inna rzecz... Dla mnie najtrudniejsze było spotkanie z samą sobą, poznawanie siebie (swoich zachowań, uczuć) na nowo w innych okolicznościach. Także zaufanie sobie – uznanie faktu, że jestem ważna sama dla siebie i że nie potrzebuję budować swojej siły wyłącznie na akceptacji innych osób. Tą niezwykłą, wewnętrzną podróż zainicjowała Szkoła Trenerów w Dojrzewalni Róż... To jak romans na całe życie :).

E.T.: Czy Twoim zdaniem z marzenia można żyć, a jeśli Tobie się to udało, co poradziłabyś innym, które boją się zrobić ten krok? Na co trzeba być przygotowanym, a co na pewno było dla Ciebie bezcenną korzyścią?

H.S.: Z marzenia nie można żyć... Dopóki nie zacznie się go realizować :). Moment, w którym to odkryłam, był dla mnie przełomem. Zobaczyłam, jak inni realizują z powodzeniem „moje” pomysły i ogarniała mnie zazdrość wymieszana ze złością: on/ona już to robi i zarabia, a ja, taka kreatywna osoba z tysiącem pomysłów, nadal grzęznę w korporacji... I wtedy eureka: Kobieto! Przecież ty tylko gadasz, nic nie robisz i płaczesz, że nie wygrywasz. A anieli aż krzyczą z góry: „No, rusz tyłek, Hanno, i kup ten kupon totolotka!”. Tak, wtedy go kupiłam. I wygrywam przez cały czas, bo robię to, co kocham, i na tym zarabiam. Jestem szczęściarą na własne życzenie :). I wierzę, że każda z nas może nią być. Często boimy się podążyć za marzeniem, bo jakaś część w nas nie wierzy, że na pasji można godziwie zarabiać; pojawia się lęk przed niepowodzeniem czy oceną innych i wtedy sabotujemy nasze dążenia. Mam już dość – narzekam, że mam już dość – wymyślam koncepcje, jak żyć szczęśliwie – narzekam, że to trudno zrealizować, bo kryzys... I tak w kółko. Znajomy schemat... A przecież ciężko jest żyć z efektów swoich marzeń, jeśli idea nie schodzi do sfery prostych, konsekwentnych działań. Dla mnie najważniejsze w prowadzeniu biznesu są dwie rzeczy – ustalanie celów i jednoczesna umiejętność podążania za swoimi potrzebami. To coś, co pozwala mi pozostać otwartą na różne rozwiązania, które mogą doprowadzić mnie do celu i zauważać nie jedną, a więcej możliwości. Ameryki nie odkryłam – zaczęłam od ustalenia moich najważniejszych priorytetów i wyznaczenia sobie konkretnych kroków do ich zrealizowania. Taki schemat mam w perspektywie długo- i krótkofalowej, czyli dziennej. Potrzebuję tych kierunkowskazów na drodze do moich celów, by nie wchodzić w nieefektywne działania i wyraźnie widzieć, co już udało się zrobić. Czasem wyznaczenie sobie dwóch prostych rzeczy, które zrobię każdego dnia, bardziej zbliża do realizacji marzenia niż jednorazowe, niezależne od nas „bonusy”, które „spadają z nieba”, albo lata przemyśleń. Kiedy działam, mogę obserwować, jak posuwam się naprzód na drodze do marzenia – i to właśnie daje mi poczucie mocy, motywuje! Oczywiście, trzeba być przygotowanym, że w podążaniu za życiem z pasji zasada „do trzech razy sztuka” nie istnieje... Czasem trzeba próbować piętnaście razy. Ale efekt? To jest spełnienie. Tak zwane porażki są rzeczą zupełnie normalną. Bywa, że dziennie przeżywam kilka :). Z jednych otrząsam się szybko, z innych znacznie wolniej. Jest to jednak bezcenne doświadczenie – wiedzieć, jak po raz kolejny nie wdepnąć w... błoto :).

E.T.:Jakie były trudne momenty po drodze i jak do nich podchodziłaś?

H.S.: Trudnych momentów jest sporo przez cały czas, zmienił się tylko nieco mój sposób ich postrzegania, moja reakcja. Pierwsze trudne chwile, z jakimi miałam do czynienia, to sytuacje, w których mimo moich rozlicznych działań, nie gromadziły się grupy na warsztaty i trzeba było je odwoływać. Początkowo użalałam się nad sobą. Wewnętrzny krytyk wrzeszczał mi do ucha: „Nie postarałaś się zbyt mocno!”. Czułam bezradność i traciłam szybko poczucie sensu, a gdy się „brałam w garść” i „starałam jeszcze mocniej”, moje samopoczucie przestało się różnić od tego w korporacji. Po kilkunastu takich doświadczeniach odkryłam (dziwne, że tak późno:) ), że to, co mi ucina skrzydła, to presja – chociażby słowo „muszę” wypowiadane w moich myślach i nie tylko 200 razy na dobę! I jak w takiej sytuacji nie wierzyć, że naprawdę się „musi”? Zmieniłam taktykę – przestałam używać tego słowa. Zastąpiłam je słowami „chcę”, „potrzebuję”, „zamierzam”, „zrobię”… Jakimkolwiek innym, które oznacza moją odpowiedzialność za dany wybór, a nie przymus. To naprawdę pomaga. Nawet w robieniu tych kroków do celu, które nie wiążą się ze szczególną radością czy przyjemnością – presja znika. A gdy ginie presja, pojawia się przestrzeń twórcza i zaczynamy widzieć więcej możliwości.

Chyba najtrudniejszym momentem dla mnie było znaleźć odpowiedź na pytanie, kim jestem i która z moich pasji ma być sposobem na życie: trenerska czy artystyczna? Długo miałam w sobie konflikt „albo-albo”, bo „co to za trener, który robi świeczki?”. Denerwowało mnie jakiekolwiek „szufladkowanie”, a zwłaszcza nazywanie moich warsztatów mianem „plastycznych”. I znów ten przymus, by się określić na bycie kimś konkretnym, bo jeśli robię i to, i to – „wszyscy pomyślą, że robię: nic”. Trudno mi było doświadczać braku samoakceptacji i odkrywać, jak wiele przekonań mnie ogranicza. Jednak już samo dostrzeżenie faktu, że to nie inni mnie szufladkują, tylko ja sama do tego dążę, miało uzdrawiającą moc. Dostałam w tym zakresie wiele wsparcia od mojej Empatycznej Przyjaciółki i Męża, bo... chciałam o tym rozmawiać. Potem lawinowo posypały się ciepłe słowa od uczestników warsztatów i osób kupujących moje świece (pewnie wcześniej też się sypały, tylko tego nie mogłam usłyszeć :) ). Dusza jest wolna – niezależna od nomenklatury. Jestem trenerem z duszą artysty? Teraz identyfikuję się z tym określeniem, ale kto wie, co jeszcze w przyszłości do niego dołączy... Otwartość to moja przygoda.

E.T.:Jak wygląda Twój dzień/tydzień/miesiąc pracy?

H.S.: Wszystko ma swój określony rytm. Staram się go utrzymać – to pozwala mi czuć się pewnie w moich działaniach, ułatwia koncentrację. Z reguły parę dni w tygodniu tworzę świece, w inne prowadzę warsztaty w Synchronii i wyjazdowo, ok. 2–3 godziny dziennie pracuję przy komputerze, pisząc maile, załatwiając sprawy logistyczne, zamieszczając posty na fb (który w mojej opinii może być świetnym narzędziem pracy dla każdej osoby prowadzącej własny biznes). Oczywiście, nie da się wszystkiego przewidzieć. Jednak świadomość, że wybór należy do mnie, jest najważniejsza. Jeśli dostaję propozycje, które wiążą się z ograniczeniem mojej twórczej wolności – pomimo pokusy finansowej – mogę zrezygnować. Wtedy szukam innych ścieżek do realizacji mojego życia z marzeń. One istnieją zawsze, choć nie zawsze od razu je dostrzegam.

E.T.: Jakie marzenie towarzyszy Twojemu rozwojowi zawodowemu, czego można Ci życzyć?

H.S.: Możesz mi życzyć uważności na siebie w zachowaniu balansu... Bo praca – pasja to mimo wszystko nie całe życie :)

Hanna Sobkowska - z wykształcenia ekonomistka, z duszy – artystka. Trenerka rozwoju osobistego i empatycznej komunikacji. Absolwentka Szkoły Trenerów i Liderów Rozwoju Osobistego w Dojrzewalni Róż. Założycielka pracowni rozwoju osobistego Synchronia i autorskiej pracowni artystycznej Synchronia ART. Miłośniczka natury, twórczego spojrzenia na życie i przeobrażania rzeczy zwykłych w niepowtarzalne. www.synchronia.pl, www.greendragonfly.pl, www.reddragonfly.pl

 

Autorka wywiadu: Ewa Tyralik

Trenerka rozwoju osobistego, coacherka, specjalistka ds. komunikacji i wizerunku, szefowa portalu Dojrzewalnia.pl.

E-Magazyn Endorfina, Tekst pochodzi ze współpracującego serwisu: http://www.dojrzewalnia.pl/endorfina

Dodaj swój komentarz

Komentarzy: 0

Strefa lekarza Zaloguj się Zarejestruj się